Jak nie pisać kryminału, czyli "Tylko martwi nie kłamią" Katarzyny Bondy



Narodowej kwarantanny dzień 953534, na święta do domu nie pojedziesz, w razie gdybyśmy mieli zbyt mało stresów, nasi miłościwie rządzący szykują nam kompletnie absurdalne wybory. W momencie gdy jedyne, co możesz zrobić, to siedzieć na czterech literach, trzeba poszukać jakiegoś ujścia tego narastającego wkurzenia. Jako że joga nieszczególnie mi wchodzi, postanowiłam zastosować autorską terapię - wybić klin klinem i zamiast wypróbowywać kolejne metody relaksacji, powkurzać się czymś innym.

No dobrze, po "Tylko martwi nie kłamią" Katarzyny Bondy, chyba przedostatni kryminał, który zalega mi nieprzeczytany na półce, nie sięgałam wcale z myślą, że oto poznęcam się nad jedną z najgorszych książek, jakie przeczytałam w tym roku (palmę pierwszeństwa nadal dzierży "365 dni"). Wręcz przeciwnie, poprzednie książki tej autorki weszły mi raczej bezboleśnie, a "Pochłaniacz" naprawdę mi się podobał. Dopiero w trakcie czytania oczy otwierały mi się coraz szerzej i tylko narastające wkurzenie (i syndrom detektywa Monka) nie pozwalały mi odłożyć książki. I szczerze mówiąc, nie mam pojęcia, jakim cudem ta sama osoba, która stworzyła "Pochłaniacza" napisała coś tak okropnie złego jak "Tylko martwi nie kłamią". Co więcej, nie wiem, jakim cudem wydawnictwo zdecydowało się tak niedopracowaną książkę wydać.

"Tylko martwi nie kłamią" to kolejna część cyklu o profilerze kryminalnym Hubercie Meyerze. Bohaterze tak mdłym, że tylko fakt, że w książce kilkunastokrotnie w ramach dyskretnej reklamy pada tytuł poprzedniego tomu, "Sprawa Niny Frank" przypomniał mi, że już jakąś część jego przygód czytałam. Nie bardzo wiem, czemu to właśnie on został uznany za głównego bohatera serii, bo jest zdecydowanie najmniej ciekawą postacią spośród pozostałych mało ciekawych postaci. To samo odczucie miałam w przypadku książki o Saszy Załuskiej, ale tam mało wyrazistą bohaterkę rekompensowała naprawdę interesująca historia kryminalna. Tymczasem tutaj główny wątek jest boleśnie nijaki: zostaje zamordowany wściekle bogaty "śmieciowy baron", właściciel firmy recyklingowej, manipulator i seksoholik. Podejrzanymi o jego zabójstwo są właściwie wszyscy z jego otoczenia - porzucona żona, kochanka - seksuolożka, pasierbica, która dziedziczy wszystko po jego śmierci. Do tego - zabójstwo popełniono w zabytkowej kamienicy, w której siedemnaście lat temu doszło już do jednej zbrodni.

I naprawdę, w tym streszczeniu brzmi to nie najgorzej, ale książka ma 600 stron. 600 stron, na których akcja wlecze się jak flaki z olejem, podczas gdy sprawę można było rozwiązać w trzech rozdziałach, gdyby policja przyłożyła się do pracy. Gdyby nie kwarantanna, to pewnie zamiast książki wybrałabym rower, ale irytacja, jaka rosła we mnie w miarę czytania, sprawiała, że mimo wszystko chciałam dowiedzieć się, co będzie dalej. Może czeka mnie jakiś nieoczekiwany zwrot akcji, którego nie domyślałam się przez całą książkę? No niestety nie. Mniej więcej od połowy wszystko staje się jasne, a ostateczne "zaskoczenie" wydaje się dorzucone na doczepkę i w momencie, gdy losy żadnego z bohaterów zupełnie już nas nie obchodzą. W głównym wątku brak jest kogokolwiek, komu moglibyśmy kibicować, brak interesującej tajemnicy, którą chcemy odkryć, brak stawki, o której grają poszczególni aktorzy tego przedstawienia. I może nie powinnam krytykować, bo jakby nie było, sama odpowiadam za całkiem sporo odcinków kryminalnych paradokumentów, ale serio, mam wrażenie, że ich scenarzyści są w stanie wymyślić dużo zgrabniejsze przewrotki i zwroty akcji.

Z głównych bohaterów zdecydowanie największą moją sympatię zyskała pani prokurator, Weronika Rudy. Głównie z powodu sposobu, w jaki jest traktowana przez dwójkę pozostałych bohaterów, Meyera i Szerszenia. Obaj nieustannie gapią się na jej tyłek, komentują jej figurę, a Szerszeń (takie wcielenie Janusza, co to narzeka na pedałów, żona służy mu do robienia obiadów i jeszcze na dokładkę nie umie i nie chce używać komórki). Mimo to Weronika zakochuje się w Meyerze na śmierć i życie, a ich "uczucie" znajduje swoje ujście w najgorszej scenie erotycznej, na jaką trafiłam ostatnio, a przypominam, że czytałam "365 dni". "Zsunęła mu bokserki niczym znienawidzoną powłokę ideału" - niech to zdanie starczy za poziom grafomanii, jaki osiąga ten rozdział. Zresztą sporo jest w książce takich kwiatków. "(...) podwinęła długie dżinsy, by nie uwalały się w błocie. Meyer pomyślał, że zrobiła to specjalnie, by mógł podziwiać jej szczupłe pęciny (...)" - proponuję jednak sprawdzić w słowniku, co to jest pęcina, żeby zrozumieć, że Meyer wcale nie skomplementował pani prokurator.

Książka jest chwalona za "psychologiczne obrazy bohaterów". Owszem, autorka potrafi przez kilkanaście stron snuć opis stanu wewnętrznego swojej postaci. Problem w tym, że opisy te są powtarzaniem tego samego w kilku akapitach i wbrew pozorom nie wnoszą niczego do psychologii bohaterów, bo ta zmienia się w zależności od widzimisię narratora. Życia wewnętrznego niektórych postaci (zwłaszcza Szerszenia, który w przezabawny, hehe, sposób, doprowadza do tego, że piesek jego żony, hehe, wpada pod samochód i zostaje z niego, hehe, mokra plama) wcale zaś nie chciałabym poznawać. Historia wydłużona jest też o kilka zupełnie oderwanych od reszty wątków i scen, co do których mam pewne podejrzenie, że są jakimiś "inside joke'ami" z życia autorki, zrozumiałymi tylko dla jej krewnych i znajomych. Wątek różowego kabrioletu wydaje się jednym z nich, podobnie mam wrażenie, że opisy przedziwnych stłuczek, jakich doświadczają bohaterowie, również są "z życia wzięte". Problem w tym, że te "z życia wzięte" opowieści nijak nie przystają do całości.

A co mi się w całej książce podobało? No cóż, w trakcie czytania miałam wrażenie, że to jedna z tych książek, którym nie zaszkodziłoby... przerobienie na serial. Gdyby wyzbyć się monologów wewnętrznych postaci, moglibyśmy tych bohaterów nawet polubić, łącznie z Szerszeniem i nudziarzem profilerem. Uwypuklenie tytułowego motywu książki - "wszyscy kłamią" - mogłoby być niezłą myślą przewodnią. Tym bardziej że w samej historii drzemie jakiś potencjał dramaturgiczny, zmarnowany przez rozwleczoną narrację.

Swego czasu popełniłam wpis o 7 rzeczach, których nie znoszę w kryminałach. W "Tylko martwi nie kłamią" padło niemal bingo - sześć na siedem. Szczerze mówiąc, wydawało mi się, że Katarzyna Bonda jest już na tyle sprawdzoną marką, że sięgając po jej książkę, spędzę czas miło na odstresowującej, ale nie uwłaczającej inteligencji rozrywce. Tym bardziej, że poprzednie jej książki wspominam całkiem sympatycznie (może poza zakończeniem "Sprawy Niny Frank"). Może rozpuściły mnie wcześniej czytane, naprawdę świetne kryminały i thrillery Jakuba Szamałka i Anny Kańtoch, a może ogólna kwarantannowa atmosfera zrobiła ze mnie zgryźliwą jędzę, ale mam wrażenie, że po "królową polskich kryminałów" nie sięgnę teraz przez długi czas.

Komentarze

Chcesz dostawać powiadomienia o nowych postach?

Copyright © Bajkonurek