Uniwersum me widzę ogromne, czyli 10 moich ulubionych scen z filmów Marvela


Tak przyznam szczerze, ostatnio zdarzało mi się kręcić nosem na filmy spod znaku Marvela, które w pewnym momencie zaczęły składać się głównie z easter eggów oraz nawiązań do innych filmów, komiksów czy seriali. Ale teraz, kiedy siedzę w domu i przed premierą "Avengers: Infinity War" oglądam jeden po drugim kolejne filmy z MCU (jak przystało na poważną, dorosłą kobietę), zaczynam je coraz mocniej doceniać. W końcu nikomu wcześniej nie udało się stworzyć tak wielkiego uniwersum bohaterów, które w dodatku nie rozpływa się w braku sensu. Sama formuła MCU, gdzie nie mamy do czynienia z typowymi sequelami, tylko raczej z elementami układanki, raz na zawsze zmieniła kino.

Nie bez znaczenia jest też fakt, że niektóre z tych filmów mają już ładnych parę lat, co przyprawia mnie o nostalgię w stylu "o, a na tym filmie byłam na randce" albo "tu po raz pierwszy zachwyciłam się klatą Kapitana Ameryki  doskonale napisaną postacią", ewentualnie "ten film oglądałam po pierwszym dniu w nowej pracy". Filmy Marvela, chociaż do pewnego momentu wciągałam je kompletnie nie po kolei, nie kojarząc postaci, wątków i nawiązań, dały mi tyle drobnych radości, że aż muszę się nimi podzielić. Nie będzie to ranking ulubionych filmów, ale krótka wyliczanka najulubieńszych scen, bo takie mogę odnaleźć nawet w tych filmach, które nie przypadły mi do gustu. A więc, lecimy!

Uwaga spoilery. Same spoilery.

Iron Man - "I am Iron Man"


Moje pierwsze zetknięcie z filmami Marvela. Nieuważne, w telewizji, pamiętam że film trochę mnie znudził i jakoś nieszczególnie byłam w stanie polubić głównego bohatera. Komiksów o Iron Manie nie czytałam, filmów animowanych nie oglądałam, jego problemy były mi raczej obce. Aż do ostatniej sceny, która to całkowicie zmieniła moje pojmowanie superbohaterskich filmów. Bo w większości filmów, które oglądałam, superbohaterstwo było jednak ukrywane przed światem w jakiejś Bat-Jaskini (swoją drogą, fakt, że żaden z mieszkańców Gotham nie ogarnął, że tylko jednego faceta w mieście stać na posiadanie supergadżetów i miejsca na ich przechowywanie, zawsze wydawał mi się dziwny). A wszelkie supermoce były uważane za coś wstydliwego, co powinno się ukrywać przed ukochaną. I w "Iron Manie" wszystko wydawało się iść zgodnie ze schematami superbohaterstwa (poza tą ukochaną), aż tu nagle Robert Downey Jr. wychodzi na konferencję prasową i zamiast czytać z kartki, przyznaje się do bycia Iron Manem. Ja, Marvelowy Janusz, byłam totalnie pod wrażeniem.

Strażnicy Galaktyki - "We are Groot"




Pierwsi "Strażnicy" to była absolutnie nowa jakość w powoli kostniejącym świecie Marvela. Nowi bohaterowie, nowa historia, nowi wrogowie, a wszystko podlane sosem z hitów z lat 80., to wszystko wystarczyło, żeby film otrzymał Znak Jakości Bajkonurka (nie ma czegoś takiego, ale może warto wprowadzić? ;)). Ale kto by przypuszczał, że najbardziej emocjonalną sceną w całym filmie będzie scena, w której drzewo żegna się z szopem praczem? Może za pierwszym razem ta scena mnie nie ruszyła, ale po latach poddaję się i przyznaję - tak, jest prawdziwie kultowa. I pokazuje, że nawet najdziwniejszą rzecz można napisać bez popadania w śmieszność czy zbędną ckliwość.

Kapitan Ameryka: Zimowy Żołnierz - Steve vs. Bucky


No dobra, powiedzcie, która ze scen z tego filmu nie jest fajna? Początek, gdy Kapitan "trenuje" z przyszłym Falconem, scena w windzie, gdy rozprawia się z tłumem przeciwników (obok "Pięćdziesięciu twarzy Greya" i "Misji Kleopatra" jest to już zapewne jedna z klasycznych scen filmowych rozgrywających się w windach ;)), cała sekwencja ucieczki przed Hydrą, wizyta w muzeum jako ekspozycja. Ale i tak wszystkie bledną wobec tych, w których pojawia się Bucky. Czy to scena, w której Steve rozpoznaje dawnego przyjaciela (i cały ciężar tej sceny, łomatko, gdy jesteś tak samotny jak Kapitan Ameryka i nagle spotykasz kogoś, kto może czuć to samo i z kim można o tym pogadać, to nic dziwnego, że nagle wszystko wokół ciebie spowalnia, tym bardziej że jest to przyjaciel, o którym byłeś przekonany że dawno nie żyje), czy ostatnia walka, gdzie Steve decyduje się poddać, by nie musieć walczyć z najlepszym przyjacielem. Ajaj, jak to na mnie działa. Zresztą cała relacja Steve-Bucky jest wyjątkowo fanfikogenna.

Thor - "Another!"




Thor idzie do restauracji, a pozostali bohaterowie za wszelką cenę próbują sprawić, żeby zachowywał się poprawnie. Wiem, że film nie cieszy się wielką sympatią fanów, ale dla mnie to pierwszy film, od którego świadomie zaczęłam śledzić MCU. I kocham go miłością bezgraniczną, i nic na to nie poradzę, że chichoczę na nim jak głupia.

Doktor Strange - "Dormammu, I've come to bargain"



"Doktor Strange" nie wzbudził we mnie jakichś wielkich emocji jako całość, ale wiele poszczególnych scen, ze względu na swoją widowiskowość czy pomysłowość zapadło mi w pamięć (podobnie jak makijaż-decoupage Madsa Mikkelsena). Sceny walki (ach, jakież tam są sceny walki!), kameralna scena śmierci Przedwiecznej, czy wreszcie scena, gdy Doktor Strange zostaje uwięziony w pętli czasu i próbuje się z niej wyrwać i przy okazji ocalić świat. Jest tu i widowiskowość (ktoś od kolor korekcji odwalił kawał roboty), jest majestat, a w końcu... humor i absurd, czyli to, co w filmach MCU lubimy najbardziej. 

Strażnicy Galaktyki 2 - Pogrzeb Yondu




Ta scena w pigułce pokazuje, dlaczego Marvel wyprzedza DC o sto tysięcy lat świetlnych w przywiązywaniu widza do postaci. Wszystkie sceny z Yondu w filmie budują nam tego (anty)bohatera i jego trudną więź z widzem, przez co gdy ginie, poczułam autentyczny żal. A pogrzeb, na którym zjawiają się jego dawni towarzysze i symbolicznie odpuszczają mu grzechy, po prostu rozdziera serce. Zresztą, o ile pierwsi "Strażnicy" bardziej mnie rozśmieszyli niż wzruszyli, o tyle tutaj siąkałam nosem regularnie, tak jak kazali mi scenarzyści.

Avengers - Bitwa o Manhattan



No dobra, formalnie rzecz biorąc, to nie scena, to niemal półgodzinna sekwencja. I te pół godziny z bohaterami, których kiepsko kojarzyłam z pojedynczych komiksów, jakie w dzieciństwie wpadły mi w ręce, wystarczyły, żebym została z nimi na zawsze. "Avengersi" byli moim drugim po "Iron Manie" filmem Marvela, czyli miałam trochę do nadrobienia (chociaż patrząc z aktualnej perspektywy, jeszcze stosunkowo niewiele), a po obejrzeniu filmu wiedziałam już, że muszę zacząć nadrabiać, teraz, natychmiast, bo coś mi w życiu umknęło.

No i tak jak nigdy nie byłam miłośniczką radosnej rozwałki, tak cała sekwencja bitwy to jest jedna wielka, cudowna, radująca oczy fana popkultury jazda bez trzymanki. Sens gubi się momentami wśród wybuchów i dowcipnych odzywek Starka, ale kto by o to dbał. Każdy z bohaterów działa tu z jednej strony sam - demonstrując swoje bardziej i mniej super moce, a z drugiej wszyscy grają do jednej bramki. Ratują ludzi (w ogóle u Marvela myślenie o cywilach jest jakoś bardziej podkreślane niż w przygodach Batmana i Supermana) i siebie nawzajem. W międzyczasie dostajemy celne one-linery, akrobacje, Kapitan Ameryka i Hawkeye napinają muskuły, Hulk miażdży, Loki próbuje coś tam działać, ale Hulk go miażdży, a kiedy wydaje się, że już szala zwycięstwa przechyla się na stronę naszych, dowiadujemy się o zbliżającej się bombie atomowej... No jeśli to nie jest fajne, to ja nie wiem, co fajne jest.

Avengers: Czas Ultrona - Podnoszenie młota


O ile sam film przypadł mi do gustu chyba najmniej ze wszystkich filmów Marvela, o tyle ta scena jest tak cudowna, przeurocza i tak wiele mówiąca o każdym z Avengersów, że warto oprawić ją w ramki. Wszystko w niej gra - a najbardziej mina Thora, gdy Kapitanowi prawie, prawie udaje się poruszyć młot. Do tego to chyba ostatnia scena, w której widzimy przyjaciół w absolutnej zgodzie i pewności, że tak już będzie zawsze.

Spiderman: Homecoming - Scena w samochodzie


O tej scenie pisałam już w kontekście najlepszych scen filmowych 2017 roku i swoje zdanie podtrzymuję. Pomijając fakt, że sam film stał się nieoczekiwanie jednym z moich najulubieńszych z MCU a Tom Holland sprawił, że przestałam bojkotować Spidermana, to ta scena to jest scenariuszowe mistrzostwo w tworzeniu napięcia, nagłych zwrotach akcji i niedopowiedzeniach - a wszystko tylko w niezobowiązującym dialogu ojca rozmawiającego z chłopakiem córki w drodze na szkolny bal. Ojca, który odkrywa, że chłopak córki jest jego śmiertelnym wrogiem.

Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów - Kapitan vs. Iron Man



Ojej, jak ta scena rozdziera me tylko z pozoru nieczułe serce. Po pierwsze, jest w niej Bucky. Po drugie, jest w niej walka z jednej strony o życie przyjaciela, po drugie - o racje kompletnie nie do pogodzenia, po trzecie - tutaj bardzo boleśnie widzimy, jak drogi i cele niegdysiejszych kumpli rozchodzą się - być może na zawsze. No i to bezradne "So was I" Iron Mana, w którym widzimy, że tego, co się stało, nie da się już naprawić.

No dobra, równie dobrze mogłabym przywołać jeszcze kolejnych 10 scen, ujęć czy sekwencji, które lubię, które mnie wzruszyły, rozśmieszyły czy spowodowały efekt "wow". "Śmierć" Lokiego w Thorze 2, moment, w którym Fury rzuca Kapitanowi Ameryce karty znalezione przy zabitym Coulsonie w "Avengersach", Ant-Man zaprzyjaźniający się z Antonim czy jeszcze więcej scen z Bucky'm ;) I chociaż czekając na "Avengers: Infinity War" nie czuję dokładnie tych samych emocji, które czułam, czekając na "Powrót Króla" albo ostatnią część Harry'ego Pottera (tym bardziej że co by tam się nie wydarzyło, to jeszcze nie koniec), to jednak pisanie tego wpisu sprawiło mi straszną radochę i uświadomiło, że co by się nie działo, związałam się z tymi bohaterami na dobre i na złe i pewnie nieraz jeszcze do nich powrócę. No to teraz... czas do kina. 

Komentarze

Chcesz dostawać powiadomienia o nowych postach?

Copyright © Bajkonurek