Wszyscy jesteśmy podejrzani, czyli "Na noże"


Oczami wyobraźni widzę siebie biegnącą ze scenariuszem na rozmowę do producenta. Wchodzę i siadam za wielkim biurkiem, producent zapala cygaro, a ja pełna entuzjazmu zaczynam pitchować mój pomysł na film kryminalny: "No więc zostaje zamordowany autor poczytnych kryminałów. Pisarz miał liczną rodzinę, a wśród jej członków praktycznie każdy miał motyw, żeby go zabić. Na miejscu zbrodni pojawia się elegancki detektyw, który..." - słyszycie ten brzęk? To ja wylatuję przez okno z gabinetu producenta. Zamordowany pisarz kryminałów to chyba jeden z najczęstszych schematów, jakie zrodził kryminał jako gatunek, na warsztatach literackich jest zazwyczaj przytaczany jako taki anegdotyczny przykład pomysłu, który na pewno zostanie odrzucony.

Chyba, że się jest Rianem Johnssonem. 



Jak facet to zrobił, że jego najnowszy film, "Na noże" z jednej strony opiera się wyłącznie na schematach stworzonych sto lat temu przez autorów kryminałów, a z drugiej - tchnie jakąś taką świeżością, której ostatnio bezskutecznie szukałam w kinie? W każdym razie jeśli szukacie jakiegoś filmu na wieczór, który z jednej strony nie będzie sequelem remake'a spin-offa jakiegoś filmu superbohaterskiego, a z drugiej nie pozwoli znudzić się ani na moment, to "Na noże" jest idealnem wyborem. 

No więc zostaje zamordowany autor poczytnych kryminałów. Pisarz miał liczną rodzinę, a wśród jej członków praktycznie każdy miał motyw, żeby go zabić. Na miejscu zbrodni pojawia się elegancki detektyw, który rozpoczyna śledztwo. Przesłuchuje świadków, bada ślady, obserwuje skłóconych krewnych zamordowanego i spokojnie patrzy, jak pod przykrywką wyższych sfer i wyższej kultury buzują mniejsze i większe świństwa wyrządzane innym ludziom.



Nie chcę zdradzać zbyt wiele, bo w przypadku tego filmu im mniej się wie, tym lepiej i nawet ja, nie przywiązująca zbyt dużej wagi do spoilerów, mam tego świadomość. Jeśli jednak sądzicie, że wszystko będzie toczyło się ustalonym przez Agathę Christie rytmem z wielką rewelacją na koniec, to... też się zdziwicie. Film ma bowiem jak na tradycyjny kryminał bardzo nowoczesną narrację, którą śledzi się z wielką przyjemnością. Nie zdradzając zaś końca, powiem tylko, że ostatnie sceny przynoszą uczucie satysfakcji, jakie opada czytelnika na ostatnich stronach najlepszych kryminałów - gdy wszystkie trybiki wskakują na właściwe miejsca, a my wykrzykujemy "no przecież!". W tym filmie gra właściwie wszystko, każdy najdrobniejszy szczegół ma znaczenie, każda strzelba dostaje szansę, żeby wystrzelić.

Efektu tego nie byłoby jednak bez najsilniejszego po scenariuszu elementu tego filmu - obsady. Rian Johnnson zebrał na planie taki gwiazdozbiór, że widz właściwie nie wie, w którą część ekranu patrzeć. Dodatkowo fabuła i reżyseria pozwalają tu na aktorskie szarże, z czego każda z gwiazd skwapliwie skorzystała. Prym wiedzie Daniel Craig w roli detektywa, który bawi się swoją rolą z godną podziwu lekkością (wprost proporcjonalną do ciężkości jego akcentu). Zaraz za nim moim faworytem został Chris Evans w roli niepokornej czarnej owcy rodziny, niebieskiego ptaka, który ciętymi ripostami obnaża wszystkie niedoskonałości swoich krewnych. Evans pokazuje dobitnie, że nie jest jedynie kryształowym Kapitanem Ameryką, ale ma w zanadrzu znacznie więcej aktorskich asów. Zaraz za nimi w moim rankingu uplasowała się Toni Colette w roli zblazowanej synowej uzależnionej od kasy teścia i Ana de Armas w roli pielęgniarki zamordowanego, która chyba jako jedyna wydawała się rozumieć starszego pana i mieć z nim kontakt bliższy niż wypisywany co miesiąc czek.



No właśnie, rola pielęgniarki jest o tyle znacząca, że film - będąc lekką, łatwą i przyjemną wariacją na temat "kto zabił" - równocześnie w lekki, ale dosadny sposób obnaża całą hipokryzję bogatej Ameryki, która z jednej strony nie może się obyć bez swoich południowoamerykańskich pomocy domowych, z drugiej - wystarczy iskra, by uznać ich za niewygodnych podludzi. W powierzchownych politycznych dyskusjach prowadzonych przez członków rodziny Trombleyów niby ścierają się różne poglądy, ale gdy przychodzi co do czego, wychodzą na jaw ich prawdziwe przekonania. Każdy ma tu coś na sumieniu, wszyscy kłamią i zupełnie nie żal nam, gdy za swoje występki ponoszą karę.

Film nie jest adaptacją, co przyznam nieco mnie zaskoczyło, bo mam wrażenie że ostatnio trudno o kryminalny scenariusz, który nie opiera się na jakimś książkowym bestsellerze. Niemniej unosi się nad nim wyraźny duch Agathy Christie, mistrzyni ogrywanego przez Johnssona schematu. Nawet jeśli nie czytało się żadnej powieści królowej kryminału, to ten schemat jest tak zakorzeniony w kulturze, że każdy z zamkniętymi oczami byłby w stanie wymienić jego elementy. Reżyser i scenarzysta idzie jednak o krok dalej i z tych schematów wykrawa coś zupełnie nowego, świeżego, trafiającego do każdego i zapadającego w pamięć. Co budzi nadzieję, że nie powiedział jeszcze ostatniego słowa i teraz, gdy po ostatnich filmach dostał od Hollywood kredyt zaufania, jeszcze nie raz nas zaskoczy. 

Komentarze

Chcesz dostawać powiadomienia o nowych postach?

Copyright © Bajkonurek