Geralt z Rivii kontra świat, czyli o serialu "Wiedźmin"



Fenomen "Wiedźmina" omijał mnie dość długo - przeczytałam książki dopiero kilka lat temu, kiedy dostałam je w prezencie od Narzeczonego. Równie mocno wciągnęła mnie trzecia część gry, zaliczyłam sporo słodkich godzin walcząc z potworami i starając się wybrnąć z honorem z moralnych dylematów.

Niewielkie spoilery.

Kiedy gruchnęła wieść o tym, że Netflix kręci serial na podstawie sagi Andrzeja Sapkowskiego, a fani podzielili się na szczęśliwych, przerażonych i przekonanych, że będzie źle, ja znalazłam się raczej wśród tych nastawionych entuzjastycznie. Zawsze fajnie się konfrontuje własną wyobraźnię z wyobraźnią twórców, mających w dodatku do dyspozycji efekty specjalne, o których w kraju możemy tylko pomarzyć. Wszelkie lamenty dotyczące: czarnej Ciri, czarnych elfów, czarnej Triss i innych czarnych myśli fanów, uważających wszelkie zmiany w stosunku do książki za brukanie świętości, kwitowałam jednym: poczekajmy.

No i w końcu wszyscy dostaliśmy prezent na Gwiazdkę, 8 odcinków. Zanim to się stało, sprzedaż abonamentów Netflixa w Polsce wzrosła zapewne o 500%, po bilety na specjalne pokazy przedpremierowe ustawiła się gigantyczna kolejka, a trailery, teasery i zdjęcia z planu zostały przeanalizowane na tysiąc sposobów. Chyba żaden serial nie budził w naszym kraju takich emocji jak ten. A ja... No cóż, tak jak po pierwszym odcinku nie byłam jeszcze do końca zdecydowana, co sądzę, tak po drugim mój entuzjazm buchnął ze zdwojoną siłą. Henry Cavill stał się moim Geraltem, Anya Chalotra moją Yennefer, Joey Batey moim Jaskrem. A jak wiadomo w przypadku seriali - jeśli polubisz bohaterów, to zostajesz z nimi na dobre i złe, na lepsze i gorsze odcinki i sezony.



Ale od początku. "Wiedźmin" to książka potwornie (hehe) trudna do ekranizowania, bo zawiązanie akcji następuje nie na początku "właściwej" sagi, ale w poprzedzających ją opowiadaniach. Poległ na tym materiale Jacek Bromski, nieco lepiej poradził sobie Wojciech Kościelniak w musicalu, ale tu trzeba było dodatkowo przełożyć te wyjątkowo intertekstualne opowiadania na formę zrozumiałą nie tylko dla garstki fanów, ale i dla 16-latka z Kentucky, który o Wiedźminie nigdy nie słyszał. Twórcy wybrali interesującą, ale i dość trudną formułę, opowiadając nam historię w różnych planach czasowych i zupełnie nie tłumacząc, kiedy rozgrywa się dany wątek. Zmusza to widza do uważnego oglądania, bo wystarczy przegapić pojedynczą scenę, by pogubić się w chronologii. W pewnym momencie łapie się klucz do całości, ale jestem ciekawa, jak odbierają to ludzie, którzy nie mieli nigdy wcześniej z "Wiedźminem" do czynienia.

"Wiedźmin" nie jest ekranizacją nabożnie wierną oryginałowi. Twórcy sporo uprościli, sporo skrócili, równocześnie wiele dodając (chociażby cale backstory Yennefer). Gubi się w tycm trochę charakter książek Sapkowskiego, bo o ile klimat i bohaterowie oddani są rewelacyjnie, o tyle bardzo często ginie drugie dno obecne w opowiadaniach i wszelkie intertekstualne nawiązania, tak ważne u Sapkowskiego. Wszak dwa tomy opowiadań nie są niczym innym niż retellingiem znanych baśniowych motywów, od Królewny Śnieżki po mit arturiański. Tymczasem konia z rzędem temu, kto bez czytania książek powie, do jakiej baśni nawiązuje postać Renfri.



Nie odbiera to jednak przyjemności oglądania. Mimo rozbicia chronologii struktura każdego odcinka jest spójna i niemal proceduralna, toczy się wokół jednego wiedźmińskiego questa. Widać celowość poszczególnych scen, które służą lepszemu poznaniu i polubieniu bohaterów. Szacun zwłaszcza za to, co scenarzyści zrobili z postacią Yennefer. Jedna z najbardziej przeze mnie znienawidzonych postaci sagi i postaci literackich w ogóle dostała w serialu drugie dno, pozwalające spojrzeć na nią nie tylko poprzez pryzmat jej relacji z Geraltem. Może to zwykły chwyt typu "Save the cat", ale działa. Warto odnotować, że w przypadku tej postaci twórcy mieli dość twardy orzech do zgryzienia, bo jest w tej bohaterce bardzo istotny dysonans - z jednej strony to kobieta wyzwolona w każdym znaczeniu tego słowa, z drugiej - jej jedynym marzeniem jest bycie matką, co jednak nie jest pierwszą rzeczą kojarzącą nam się z "silną postacią kobiecą". W serialu więc Yennefer - bardzo feministycznie - walczy nie tyle o macierzyństwo, co o swój wybór, co zdecydowanie wyróżnia ją spośród innych kobiecych bohaterek.

Sam Geralt też okazał się strzałem w dziesiątkę. Cytując Jedynego Słusznego Wiedźmina, czyli Michała Żebrowskiego, "Nie spieprzył tego". Jest w jego Geralcie to wszystko, co w Wiedźminie być powinno - gburowatość i siła połączona ze zwichrowanym kompasem moralnym, który pakuje go w coraz to nowe kłopoty. Jedno "Fuck" Cavilla starczy za całą scenę dialogową.



Jaskier - czy już mówiłam, że to mój Jaskier? Gadatliwy jak osiołek ze Shreka, ma w sobie tyle uroku, że mógłby obdzielić nim całą rzeszę sobie podobnych sidekicków, a jego "Toss a coin to your Witcher" nuciłam przed świętami i po nich zamiast kolęd. W końcu ktoś poszedł po rozum do głowy i zatrudnił do roli tryskającego energią młodego chłopaka, dzięki czemu mogłam w końcu wyprzeć z głowy widok Zbigniewa Zamachowskiego brzdąkającego na luteńce oraz tego brzydkiego kogoś z gry.

Najwięcej moich wątpliwości wzbudziła Ciri - ta z opowiadań to mała dziewczynka, a w serialu mamy nastolatkę. Przez to jej relacja z Geraltem jest diametralnie różna, a właściwie... nie istnieje, czy raczej jest jednostronna, bo o ile Geralt wie, czemu szuka Ciri, o tyle Ciri nie ma o niczym pojęcia i stawka jest przez to znacznie niższa. Bardzo brakowało mi pierwszego spotkania Geralta z Ciri w Brokilonie. Znakomita jest za to Calanthe - zupełnie nie taką Calanthe sobie wyobrażałam, ale nie da się ukryć, że pokazuje w tej roli pazur. Bezpłciowa za to okazała się Triss - i to nie przez brak rudych włosów, ale przez zupełny brak pomysłu na tę postać i jej interesujące wprowadzenie.



Wśród wszystkich zalet serialu jest niestety jedna istotna, przynajmniej moim zdaniem, wada - bitwa pod Sodden. Nie jestem ortodoksyjną fanką książki, ale akurat w tym przypadku zdecydowanie lepiej wyglądała ona "na papierze". Dla tych, którzy nie czytali - nie została opisana w ogóle. Bitwa pod Sodden była legendą, powtarzaną przez wszystkich, za to ci, którzy rzeczywiście w niej uczestniczyli, milczeli. Pokazanie jej - co oczywiście rozumiem, po "Grze o Tron" serial fantasy bez wielkiej bitwy na koniec mógłby się wydać niepełny - odarło ją z tej legendarności i tajemniczości, tym bardziej że całość wypadła dość biednie i chaotycznie, obnażając parę niedostatków budżetowych. A może to moja wyobraźnia, która stworzyła wizję z kanonadą kolorowych fireballi, a dostała paru żołnierzy i trujące gazy ;)

Andrzej Sapkowski przed premierą porównał serial do "Gry o Tron", co wzbudziło wiele podśmiechujek i uśmiechów niedowierzania. Oczywiście, "Wiedźmin" to nie "Gra o Tron" - to opowieść kilka razy bardziej kameralna, rozpisana na niewielu bohaterów, o zupełnie innym środku ciężkości. Pod jednym względem jednak bardzo "Grę o Tron" przypomina. Twórcom udało się bowiem to, co udało się wiele lat temu przy serialu HBO - powstał serial totalny. Serial, który oglądają wszyscy, o którym dyskutują wszyscy, o którym piszą nie tylko popkulturalne blogi, ale poważne pisma. Internet zapełniają eony memów, wszyscy nucą piosenkę Jaskra, wybuchają internetowe wojny o poszczególne sceny i postaci (oraz o to, czy w średniowieczu były czarne elfy, tu oczywiście przeciwnicy mają rację - w średniowieczu rzeczywiście nie było czarnych elfów :D). A to dopiero pierwszy sezon i jestem bardzo ciekawa, jak się to wszystko rozwinie i czy cała historia nie padnie pod naporem oczekiwań. Jak na razie jestem bardzo, bardzo dobrej myśli.

Komentarze

Chcesz dostawać powiadomienia o nowych postach?

Copyright © Bajkonurek