Upiorny fanfik, czyli "Love Never Dies"


Jeśli jest jakiś musical z wyjątkowo kiepskim PR-em, to zdecydowanie "Love Never Dies" Andrew Lloyda Webbera. Kontynuacja "Upiora w Operze", chociaż ma swoich zagorzałych fanów, spotkała się z druzgocącą krytyką ze strony recenzentów, którzy po premierze na West Endzie zmieszali spektakl z błotem. Zresztą, i wśród samych fanów słychać było oburzone opinie, że musical niszczy ich ukochane postaci, fabuła jest niespójna, no i w ogóle całość przypomina jakiś dziwny fanfik.

Uwaga, upiorne spoilery!

Całość obejrzałam dzięki kanałowi "The Shows Must Go On" na Youtubie, prezentującemu musicale Andrew Lloyda Webbera (co tydzień inny, dostępny przez dwa dni, aktualnie możemy zobaczyć jeden z koncertów). Spodziewałam się najgorszego szajsu, po którym będę tłuc głową w ścianę, po czym... dostałam całkiem przyzwoity spektakl. Nie wiem, czy to kwestia nastawienia, czy braku przywiązania do oryginału, czy też może australijska wersja lepsza jest od londyńskiej (sądząc z internetowych źródeł, została ona poprawiona pod względem fabularnym), a może kwarantanna tak dała mi w kość, że każdy kontakt z teatrem traktuję jak najlepszą nagrodę... faktem jest, że bawiłam się całkiem nieźle.



Dziwne - bo zarazem mam pełne poczucie, że wszystkie te negatywne opinie, o których wspomniałam na początku, są w pełni uzasadnione. "Love Never Dies" jako kontynuacja "Upiora" bierze sobie Christine, Raula, panie Giry i Eryka i robi z nimi co chce. Dopisując im dość pokręcone losy, które niekoniecznie wynikają z charakterów, jakie poznaliśmy w oryginalnym musicalu. Nie czytałam książki, na podstawie której powstało libretto ("Upiór Manhattanu" Fredericka Forsytha), ale z recenzji wynika, że raczej należy omijać ją szerokim łukiem. Jedyny sposób, żeby czerpać przyjemność ze spektaklu, to zapomnieć o tym, że to kontynuacja. Wtedy historia nagle staje się o niebo bardziej spójna.

Bo rzeczywiście, jakoś trudno przyjąć bez mrugnięcia okiem fakt, że zamiast paryskiej opery w "Love Never Dies" mamy Upiora zarządzającego typowym amerykańskim freak show, połączonym z rewią, cyrkiem i cholera wie co tam jeszcze. Madame Giry bez mrugnięcia okiem realizuje wszystkie jego zarządzenia, a jej córka Meg występuje na pokazach jako tancerka. Gdy nagle ta nietypowa rodzinka (dodajmy jeszcze paru tradycyjnych "freaków" z parku rozrywki) dowiaduje się, że Christine razem z mężem i synem przypływa do Stanów Zjednoczonych, by zaśpiewać w operze na Coney Island, każde z nich ma wobec niej zupełnie inne oczekiwania.



Jeśli chodzi o mój stosunek do oryginalnego "Upiora", to nie należy on do moich ulubionych musicali. Zawsze, i w wersji teatralnej, i filmowej, wydawał mi się taki wystudiowany, pozbawiony emocji - być może przez zahaczające o (tytułową) operę piosenki. Nieszczególnie kupuję relację Christine z jej mistrzem i uznawanie stalkowania za romantyczny sposób spędzania całego życia. Nawet jako młoda romantyczka, zakochana w musicalach, odporna byłam na urok psychopaty w masce i przez cały spektakl stałam po stronie Raoula de Chagny (tym bardziej, że w jednej z obsad, w której widziałam go w "Romie" grał go przewspaniały Łukasz Talik, który totalnie rozłożył na łopatki grającego Upiora Damiana Aleksandra).

Dlatego podczas oglądania "Love Never Dies" niemal przykro mi było, gdy okazało się, że po latach Raul nie dość, że się rozpił, to jeszcze stał hazardzistą. Z drugiej strony, trudno się dziwić takiemu rozwojowi tej postaci. Z jednej strony to nic nietypowego dla arystokracji z przełomu wieków, z drugiej - chyba każdy zacząłby topić smutki w kieliszku, gdyby jego żona przez lata skrycie wzdychała do faceta, który ją porwał, zamiast do tego, kto ją uratował.

Do tego dochodzi jeszcze najbardziej kontrowersyjna kwestia, mianowicie dziecka Christine i Raoula i domniemanego ojcostwa Upiora (w niezamierzenie komiczny sposób potwierdzonego w spektaklu, gdy Upiór tłumaczy, że to jego dziecko, bo przecież jest utalentowane muzycznie). Po pierwsze - kiedy właściwie miała miejsce ta bezksiężycowa noc, podczas której "to zrobili", po drugie - no kurde serio? Osobiście wolałabym wersję, w której Upiór wmawia sobie, że to jego syn i to on usiłuje Gustave'a porwać. Ewentualnie taką, w której po śmierci Christine Raoul i Upiór wspólnie wychowują syna - skoro i tak mamy typowe fan fiction, to czemu nie pójść krok dalej. Ale cóż, obawiam się, że Andrew Lloyd Webber tej recenzji nie przeczyta ;)



Aktorzy grają z operową przesadą, ale przyznam szczerze, że zamiast na głosy i mimikę (swoją drogą - "Upiora w Operze" dwa tygodnie temu wyłączyłam, bo nie byłam w stanie patrzeć na zbliżenia na twarze aktorów, które psuły mi całą przyjemność), zwracałam uwagę głównie na kostiumy. A te są przepiękne - czy chodzi o stroje tancerek rewiowych, czy balowe suknie Christine, czy cyrkowe kostiumy wszystkich dziwadeł z parku rozrywki. O ile samo nagranie trochę za bardzo przypominało film, brakowało wrażenia sceny i nie sposób było ogarnąć jej proporcji, o tyle taka forma zdecydowanie pomogła docenić te cudowne stroje i dekoracje.

Jeśli chodzi o piosenki, to brakuje tutaj hitów na miarę... no cóż, niemal wszystkich piosenek z "Upiora w Operze", które - mimo braku jakiegoś wielkiego uwielbienia dla tego musicalu - jestem w stanie od razu zanucić z pamięci. Tutaj również twórcy celowali w numery bardziej "uniwersalne", licząc zapewne, że staną się rozpoznawalnymi hitami. Ale mimo że teksty są odpowiednio głębokie, to muzycznie coś jednak nie pykło, bo chociaż wszystko tu jest na swoim miejscu, to jakoś brakowało mi "tego czegoś". Natomiast warto zwrócić uwagę na zróżnicowanie piosenek - muzycznie mamy tu rozrzut od opery po rewiowe show, a poza tradycyjnymi miłosnymi duetami znajdziemy i numery zbiorowe, i duety damsko-damskie i męsko-męskie. Przypadły mi do gustu zwłaszcza te ostatnie - z jednej strony wyjątkowo irytujący, ale jakże prawdziwy, duet Raoula i Upiora, kłócących się o Christine jak o nagrodę w jakiejś grze - "Devil Takes the Hindmost". Z drugiej - "The Beauty Underneath", duet Upiora i Gustave'a.

Trudno powiedzieć, komu warto polecić ten musical. Fanom "Upiora w Operze"? Niekoniecznie mogą łyknąć to, co się porobiło z ich ukochanymi postaciami. Tym, którzy Upiora nie widzieli? Mogą nie zrozumieć fabuły, chociaż zapewne będą ją śledzić bez zgrzytania zębami. Być może to po prostu musical dla tych miłośników gatunku, którzy nie będą zżymać się na wątki fabularne, tylko chłonąć sceniczne piękno. Bo z całą pewnością jest to musical zrobiony pięknie. A że pod tym pięknem kryje się czasem coś upiornego? No cóż, może właśnie o to chodziło...

Komentarze

Chcesz dostawać powiadomienia o nowych postach?

Copyright © Bajkonurek