Kino w pięciu smakach, czyli kilka festiwalowych recenzji


Możliwe, że pandemia na zawsze już zmieniła kino i pewne formy uczestnictwa w kulturze. Chociaż niesamowicie brakuje mi wielu rzeczy, jak chodzenia do teatru, koncertów czy zapachu popcornu w Cinema City*, to życie kulturalne online ma też kilka zalet. Nagle okazało się, że od wrzucenia do sieci nagrania ze znanego musicalu świat się nie zawali (ach, wspaniały kanał The Shows Must Go On), a do tego w końcu jest czas na uczestnictwo w festiwalach filmowych, z którymi ostatnio było mi bardzo nie po drodze. Właśnie zakończył się Festiwal Filmowy Pięć Smaków, w ramach którego mogłam na chwilę zanurzyć się w kino azjatyckie.

Filmy wybierałam dość losowo, czasem kierując się pozytywną recenzją na jakimś blogu, czasem ładnym fotosem, czasem nazwiskiem twórcy, a czasem ciekawym tytułem. Uświadomiło mi to, że zupełnie wypadłam z obiegu festiwalowego i w swoich filmowych wyborach ugrzęzłam gdzieś między Netfliksem i HBO, zupełnie pomijając całą resztę kina. Chyba czas to zmienić. 

Co mi się podoba w kinie azjatyckim? Czasem będzie to zupełnie inne podejście do struktury opowiadania, czasem mieszanie gatunków, czasem rozwiązania fabularne, których nigdy w życiu nie spodziewalibyśmy się w filmach europejskich. Zdecydowanie najciekawszą sekcją tegorocznego festiwalu okazała się ta nazwana - ciekawe czemu? ;) -  PARASITES, poświęcona współczesnemu kinu koreańskiemu. Ale udało mi się obejrzeć też coś z Wietnamu, Chin i Tajlandii, a nawet polski film japońskiej reżyserki. Oto garstka refleksji i minirecenzji kilku obejrzanych przeze mnie filmów.

1. Bestie na krawędzi (reż. Yong-hoon Kim), Korea Południowa 2020

Gdybym miała polecić tylko jeden z filmów z Pięciu Smaków, to zdecydowanie byłyby to "Bestie na krawędzi". Zakręcona, momentami psychodeliczna, a momentami paraboliczna opowieść o ośmiorgu nieznajomych i torbie wypchanej pieniędzmi, co do których każdy ma inny plan. Z jednej strony dynamicznie zrealizowane kino gatunkowe, które śmiało można polecić fanom Quentina Tarantino i Guya Ritchiego, z drugiej - walory artystyczne i nielinearny sposób opowiadania powinny zadowolić większość filmowych snobów. Ogląda się tę feerię pomysłów i barwnych postaci na jednym oddechu, a gdy pod koniec pozawiązywane w trakcie filmu węzełki zaczynają się rozplątywać, widz czuje jedyną w swoim rodzaju satysfakcję.

2. Smak Pho (reż. Mariko Bobrik), Niemcy/Polska 2019

Film produkcji niemiecko-polskiej, wyreżyserowany przez Japonkę, a opowiadający o mieszkającej w Polsce wietnamskiej społeczności... uff, sam produkcyjny background tego filmu jest dość ciekawy. Sam film wyszedł za to dość nierówny - momentami naiwny, w wielu momentach kiepsko zagrany przez amatorów, dialogi często zgrzytają... Ale zarazem reżyserce i scenarzystce udało się stworzyć niesamowicie sympatyczne, ciepłe postaci, którym widz kibicuje, choćby ich celem w scenie było tylko naprawienie pralki. Świetna jest zwłaszcza mała Lena Nguyen, która zresztą za swoją rolę została nagrodzona na festiwalu "Młodzi i Film" w Koszalinie i choćby dla niej warto "Smak Pho" obejrzeć. O ile o samej wietnamskiej społeczności film niekoniecznie powie nam coś nowego, o tyle sporo mówi o ludziach w ogóle. 

3. Starcie przegrywów (reż Kim Bong-soo), Korea Południowa 2018

Okej, czasami nie warto kierować się przy wyborze filmu jedynie zabawnym tytułem ;) "Starcie przegrywów", chociaż niewątpliwie miało coś w sobie, lekko mnie jednak znużyło. Jeśli oglądaliście przewijający się lata temu po kinach studyjnych i plenerowych "Jump!" o koreańskich skoczkach narciarskich, którzy mimo braku warunków usiłują spełnić swoje marzenia, to w "Starciu przegrywów" mamy bardzo podobny motyw. Tym razem mamy do czynienia z drużyną nie do końca kompatybilnych ze światem i sobą nawzajem zapaśników i ich walką o... no cóż, każdy ma tu swoje cele i pragnienia. To, co przykuło moją uwagę, to na pewno zupełnie inna Korea niż ta, którą znamy z filmów sensacyjnych czy choćby Parasite'a. Zamiast wielkomiejskiego Seulu tu odwiedzamy zapadłą robotniczą dziurę, której mieszkańcy żyją na uboczu wszystkiego i z trudem wiążą koniec z końcem. Brzmi to niestety znacznie lepiej niż wygląda, bo "Starcie przegrywów" nie uniknęło nużących dłużyzn.


4. Ząb mądrości (reż. Liang Ming), Chiny 2019

Bardzo enigmatyczny opis filmu, w którym pojawiało się kochające rodzeństwo, katastrofa ekologiczna i wielka namiętność, sugerował jakąś oniryczną opowieść z demonami w tle. Tymczasem dostajemy w gruncie rzeczy bardzo realistyczną, chociaż nie pozbawioną niepokojącego klimatu opowieść o życiu na dalekiej prowincji Chin, niedaleko granicy z Rosją - i opowieść o dorastaniu. Dorastaniu, które uwiera niczym tytułowy ząb mądrości. To nie jest film do wczuwania się w dynamiczną akcję - to jest raczej film, który się chłonie. Z jednej strony atmosfera lat 90. (których niektóre symbole pozostają te same pod każdą szerokością geograficzną), z drugiej - niepewność przyszłości i świat obserwowany przez bohaterów z dystansu, z trzeciej - subtelnie zarysowany trójkąt miłosny. Uznawany za jeden z lepszych obrazów festiwalu, mnie przypadł jednak do gustu raczej średnio. Głównie dlatego, że przez cały czas oglądania towarzyszyło mi to irytujące uczucie braku klucza tłumaczącego niektóre tajemniczne lub metaforyczne sceny i wydarzenia (i pytanie, czy to ja czegoś nie rozumiem, czy też tak miało być). Niektórych scen nie rozumie żaden z widzów, co trochę mnie pociesza ;)

5. Ciężki dzień (reż. Seon-hung Kim), Korea Południowa 2014

Fabuła jest bardzo prosta - detektyw w drodze na pogrzeb matki przypadkiem potrąca człowieka, a następnie usiłuje pozbyć się zwłok. Problem w tym, że ktoś go widział i zaczyna szantażować... Jeśli azjatyckie kino (niesłusznie) kojarzycie ze snującą się nudą Wong Kar-Waia i zgrzytaliście zębami na "Zębie Mądrości", to może warto zacząć przygodę z kinem koreańskim od filmu, który w sposobie opowiadania jest bardzo "zachodni" i sensacyjny, a zarazem pozwala wczuć się w klimat Seulu od tej mroczniejszej strony. Pozornie film jest absolutnie uniwersalny i możliwy do zrozumienia pod każdą szerokością geograficzną (a wręcz spokojnie jestem w stanie wyobrazić sobie jego polski remake), ale osoby mocniej zaznajomione z realiami Korei będą mogły odnaleźć w nim sporo aktualnych ówcześnie społecznych odniesień. A jeśli lubicie humor z lekkim odcieniem czerni, to podczas seansu będziecie pękać ze śmiechu.

6. Rom (reż. Tran Tranh Huy), Wietnam 2019

Ojej... co tu się właśnie wydarzyło! "Rom" to z jednej strony film, w którym akcja nie zwalnia niemal na sekundę, a bohaterowie wydają się nie poddawać prawom grawitacji, a z drugiej - wciąga nas w niesamowicie egzotyczną i brutalną rzeczywistość. Sam punkt wyjścia filmu rozgrywającego się w przeznaczonych do rozbiórki slumsach Ho Chi Minh: nielegalna loteria (której zasady sprawiają, że widzowi eksploduje mózg i zaczyna szukać w Google czy to wszystko rzeczywiście istnieje), jest intrygujący. A jeśli dodamy do tego wciągającą historię dzieciaków, które nieustannie balansują na krawędzi między powszechnym uwielbieniem a nienawiścią i odbywają codzienne kursy między najgorszą nędzą i wielkim bogactwem, w akompaniamencie modlitw ludzi dla których loteria jest raz religią, raz ostatnią nadzieją, raz największym przekleństwem - dostajemy mieszankę wybuchową. Oszałamiające zdjęcia i świetnie zagrane przez naturszczyków role - uwagę zwraca zwłaszcza niesamowicie energetyczny Tran Anh Khoa w roli głównej - nieco odwracają uwagę od samej historii, która w gruncie rzeczy jest dość sztampowa. Ale cóż - jakoś mi to nie przeszkadzało.

7. Posiłek na planie (reż. Pen-Ek Ratanaruang), Tajlandia 2019

Chyba najkrótszy z obejrzanych w ramach festiwalu filmów (może dlatego, że telewizyjny, wyprodukowany przez HBO Asia), o najprostszej fabule: gburowaty Amerykanin przyjeżdża na plan tajskiego horroru i nie umie się odnaleźć w obcym kraju. Najbardziej zaś przeszkadza mu dziwaczne, egzotyczne jedzenie (w piękny sposób sfilmowane - ach, jak ja uwielbiam oglądać to przerzucanie warzyw z garnuszka do woka, dodawanie płatków papryki, zalewanie mleczkiem kokosowym... awwwwwwwww), przygotowywane przez nieśmiałą kucharkę. W zasadzie w tym momencie możecie już przewidzieć zakończenie, ale film ma jeszcze jedno artystyczne dno, o którym opowieści można było posłuchać przed seansem. Mianowicie, ten film o kręceniu filmu został nakręcony podczas kręcenia innego filmu, a aktorzy zagrali sami siebie. I nagle prościutki film stał się postmodernistycznym, artystycznym projektem. Ciekawe! 

Mam nadzieję, że nie był to ostatni moment, gdy te filmy pojawiły się na polskich ekranach i moje recenzje do czegoś się przydadzą. A Wam jakie filmy spodobały się podczas Pięciu Smaków?


* Ale nie tak bardzo jak aktualnie tęsknię za świątecznymi jarmarkami i owocami w czekoladzie zapijanymi grzanym winem w tłumie przechodniów. Covidzie, zgiń, przepadnij.

Komentarze

Chcesz dostawać powiadomienia o nowych postach?

Copyright © Bajkonurek