Szczyt piramidy Maslowa, czyli o umiejętnościach niepraktycznych


Dostałam pod choinkę zestaw do brush letteringu. Przez całe święta z pasją oddawałam się kreśleniu w zeszyciku w linie fikuśnych literek z zakręconymi ogonkami. Zabawne, bo w szkole nienawidziłam szlaczków, odwzorowywania kształtów i tych ładnych pisanych liter. Do dzisiaj pamiętam, jak płakałam, bo nie umiałam namalować kokardki (chociaż jako zaczątek kujona i tak z pisania miałam same piątki i szóstki). Po latach od ukończenia podstawówki i kilku dniach morderczego treningu, no cóż, powiedzmy, że mistrzem kaligrafii jeszcze nie jestem, ale idzie ku dobremu. Cały czas nie wychodzi mi mała literka "m", przez co zapewne, adresując prezenty "dla mamy", będę musiała pisać na kartkach "dla Haliny". I tylko co jakiś czas w mojej głowie odzywa się znajomy głos - to moja babcia, pytająca "A do czego ci się to, dziecko, przyda?". 

*

No cóż, to pytanie towarzyszy mi od ładnych trzydziestu lat przy rozmaitych czynnościach. Wyrosłam w przekonaniu, że jeśli mam się czegoś uczyć, to tylko po to, żeby przydało mi się to w życiu. Jeśli nie - powinnam czuć się w jakiś sposób winna, bo marnuję czas, który mogłabym spożytkować na coś praktycznego. Tymczasem cóż poradzić - największą przyjemność sprawia mi doskonalenie umiejętności pozornie zupełnie w życiu nieprzydatnych. 

*

W szkole uczyłam się - tak byłam przekonana - tylko i wyłącznie rzeczy potrzebnych. Układ rozrodczy żaby, nazwy wszystkich stolic świata, rozbiór zdania. Wszak to niezwykle przydatna do życia wiedza. No dobrze, wtedy miałam twarde postanowienie, że gdy tylko skończę osiemnaście lat, pójdę do "Milionerów" i roztrzaskam wszystkie pytania. Po osiemnastce okazało się, że "Milionerów" zdjęli z anteny, a ja jestem zbyt nieśmiała. Trudno. Za to wiem, że stolicą Madagaskaru jest Antananarywa.

*

To na studiach odkryłam, że największą radość daje mi nauka rzeczy, które w życiu zupełnie mi się nie przydadzą. A polonistyka to prawdziwa kopalnia takich zajęć. Konwersatorium o kryminałach, etnolingwistyka, na której uczyłam się o Indianach nie znających czasu przeszłego i hipotezie Sapira-Whorfa (no dobrze, to ostatnie przydało mi się przy pisaniu recenzji "Nowego początku"), gramatyka historyczna, "Dostojewski w kulturze popularnej" czy wykład, na którym prowadzący analizował złe książki (na długo przed Pawłem Opydo). I nie musiałam tłumaczyć się przed babcią, bo przecież to były studia! 

*

Ostro musiałam się tłumaczyć za to, gdy zapisałam się na kurs scenariopisarski. "Ale po co ci to", "Przecież nie przyda ci się to w pracy", "A ile to kosztowało i czemu tak drogo", "Czy dostaniesz po tym jakiś dyplom", i tak dalej. Wtedy jeszcze pracowałam w wydawnictwie i byłam przekonana, że uczę się scenariopisarstwa tylko i wyłącznie dla przyjemności, bo lubię pisać i lubię oglądać filmy. No cóż, po latach i wielu napisanych i zredagowanych odcinkach seriali nawet babcia musiała przyznać rację, że jednak ta umiejętność do czegoś mi się przydała. A wręcz zmieniła moje życie. 

*

No właśnie, tak naprawdę nigdy nie wiadomo, czy coś, czego się uczysz, przyda Ci się do czegoś w życiu - niekoniecznie w sensie zawodowym. Dzięki warsztatom pisania scenariuszy zmieniłam zawód, ale zarazem... to właśnie tam spotkałam swojego przyszłego Narzeczonego. Nie możesz mieć pewności, że po pięciu latach studiów nie zmienisz nagle swojej ścieżki kariery o 180 stopni. 

*

W tej chwili, jako scenarzystka, jestem niemal zupełnie usprawiedliwiona - zawsze mogę się tłumaczyć, że to, czego aktualnie się uczę, przyda mi się do jakiegoś projektu. Dzięki temu zrobiłam już przynajmniej trzy kursy poświęcone kryminalistyce - dwa na uniwersytecie otwartym UW, jeden w Centrum Kryminalistyki i Medycyny Sądowej. W końcu piszę seriale kryminalne, prawda? A że przy okazji chciałam pomachać pędzelkiem, zdejmując odciski palców z butelki? I włożyć ten fajny biały kostium technika? I zobaczyć, jak powstają ślady krwawe (spokojnie, na manekinie i słoiku z czerwonym barwnikiem, nie na przypadkowym ochotniku). To tylko wartość dodana.

*

A umiesz żonglować? - spytał kiedyś mój Narzeczony. Nie umiałam. Włączyliśmy tutorial na youtubie. Dostaliśmy zakwasów. Następnego dnia myślałam, że odpadnie mi łokieć, za to trzy dni później szło nam całkiem sprawnie. 

*

W szkole nauczyłam się grać na flecie. Moją szczytową umiejętnością była kolęda "Lulajże, Jezuniu". Szpanuję nią do tej pory. 

*

Kiedyś nauczyłam się robić żurawie z origami. I fikuśne samolociki, które naprawdę latały, a nie spadały. Znam też parę "magicznych" trików, którymi mogłabym zabawić dzieci na kinderbalu niczym Howard Wolowitz ;) 

*

Rozpoznaję gwiazdozbiory. Wiem, gdzie szukać mgławicy Andromedy i w której części nieba pojawia się Wenus. Szkoda, że coraz rzadziej mam okazję tę umiejętność wykorzystać, ale kiedyś, gdy rzucę wszystko i pojadę w Bieszczady... 

*

Umiejętności te bledną jednak przy mojej Mamie, która swego czasu potrafiła odróżnić skoczków narciarskich nie tylko po ich kaskach, lecz także po rękawiczkach.

*

Mam patent żeglarski, chociaż ostatnio pływałam łódką jakieś 3 lata temu. Wiem, jak wiązać węzeł knagowy (chociaż przyznam - umiejętność wiązania tych wszystkich strasznych konstrukcji trochę mnie podczas kursu przerosła). Nie zrobiłam za to prawa jazdy i totalnie przeraża mnie myśl, że miałabym sama zaparkować i zatankować. Długo nie umiałam jeździć na rowerze i do tej pory mam opory przed jeżdżeniem w większej grupie. 

*

Znam sztuczkę, która pozwala na łatwe zapamiętanie ułożenia kart w talii. Wciąż wierzę, że kiedyś nią komuś zaimponuję. 

*

Pandemia, kwarantanna, lockdown - okres marazmu i zamknięcia sprawił, że wszyscy zaczęliśmy się oddawać zdobywaniu nowych umiejętności, a ich praktyczność zeszła na plan dalszy. Nagle wielu osobom odpadł czas na dojazdy do pracy, pojawiły się dodatkowe godziny w ciągu dnia (nie mówię tu o osobach zamkniętych w domach z dziećmi - tutaj raczej sytuacja nie wygląda różowo), a dodatkowo, mniej lub bardziej wymuszona potrzeba samorozwoju. Ja przeszłam przez jeden z kursów kryminalistyki, tym razem online (zabawne, bo w ramach promocji dostałam też rabat na wykład o... nekrofilii, jeszcze nie sprawdziłam, co dokładnie zawiera i czy są jakieś filmiki instruktażowe), zapisałam się też na kurs przygotowawczy do egzaminu CAE (to akurat, można powiedzieć, obiektywnie praktyczne, chociaż samego certyfikatu wcale nie potrzebuję). Za to moja pierwsza i jedyna próba upieczenia drożdżowych bułek trwała cały dzień, zakończyła się wkurwem i porażką.

*

Moim zdaniem nie ma umiejętności "obiektywnie nieprzydatnych". 7 lat przepracowałam w wydawnictwie poradnikowym. Przekonywałam ludzi, że nie sposób żyć wartościowo bez: decoupage'u, dekoracyjnego postarzania mebli, dekorowania ciastek ozdobami z marcepanu, haftu czy frywolitek. Niby byłam tam specjalistką ds. promocji, ale prawda jest taka, że te akurat książki sprzedawały się tysiącami praktycznie bez żadnego wsparcia promocyjnego. Dzięki tej pracy do moich bezużytecznych umiejętności dołączyła m.in. znajomość fikuśnych nazw kolorów, robienia makram, czysto teoretyczne rozróżnianie klejów do decoupage'u, ale też np. znajomość gatunków piwa i wina. I teraz pytanie - czy fakt, że te umiejętności do niczego mi się nie przydały, oznacza, że są nieprzydatne? Ależ skąd - cała masa ludzi wykorzystuje je przykładowo do celów zarobkowych, a jeszcze większej masie po prostu sprawia ona przyjemność. A ja sama po korekcie książki o piwach craftowych napisałam opowiadanie o warszawskich browarnikach, za które dostałam nagrodę od "Nowej Fantastyki". 

*

O ile uwielbiam niepraktyczne umiejętności, o tyle z tymi przydatnymi mam zazwyczaj problem. Nie umiem piec ciast (rekompensuję sobie pieczeniem domowych wędlin, no i doskonale wychodzą mi ciastka i ciasta bez pieczenia :). Za cholerę nie jestem w stanie nauczyć się żadnego z kroków tanecznych. Nie potrafię prowadzić samochodu. Mimo że umiem zagrać wspomniane "Lulajże, Jezuniu" jestem pozbawiona słuchu muzycznego i nawet swoje ulubione piosenki rozpoznaję zazwyczaj po tekście. Podobnie jest niestety ze wszystkimi umiejętnościami artystycznymi, którymi mogłabym wzbudzić podziw otoczenia - nie umiem malować, rzeźbić, dekorować, robić pięknych fotografii, moja plastyczna wyobraźnia jest szczątkowa. Większością umiejętności nie mogę się pochwalić ani wykorzystać ich, przykładowo, do zrobienia prezentów gwiazdkowych. Nie mam prawa jazdy. Być może gdybym zaczęła intensywnie ćwiczyć którąś z tych umiejętności, nastąpiłby jakiś przełom. Kiedyś próbowałam rysować, ale gdy zaczęłam porównywać się z innymi, spasowałam. A w czasach Instagrama niestety trudno jest się nie porównywać. 

*

Na kwestie "przydatności" pewnych umiejętności możemy spojrzeć jeszcze w inny sposób - pod kątem przywileju. Fakt, że jestem w stanie uczyć się nieprzydatnych rzeczy, oznacza, że mam na to czas i - w wielu przypadkach - pieniądze. Że mogę spojrzeć na świat z samego szczytu piramidy Maslowa. Inna rzecz, że nawet w czasach, gdy pieniędzy czy poczucia bezpieczeństwa mi brakowało, i tak wydawałam te zaoszczędzone na pozornie nieprzydatny kurs albo po prostu uczyłam się czegoś, co było dostępne za darmo. Jest we mnie zupełnie nieuzasadniona ciągła potrzeba zdobywania nowej wiedzy i umiejętności - czy chodzi o historię Stanów Zjednoczonych, szydełkowanie (wciąż nie wyszłam poza poziom półsłupka, ale zamierzam kiedyś zacząć) czy pływanie motorówką. Nie czuję się przez to lepsza od innych. Nie czuję się bardziej produktywna. Wręcz przeciwnie, często czuję się gorsza - bo czasem myślę, że może lepiej jest doprowadzić do perfekcji jedną umiejętność, zamiast próbować wszystkiego po trochu. 

*

A jakie Wy macie umiejętności niepraktyczne? Może umiecie gwizdać językiem? Albo potraficie wymienić wszystkich piłkarzy Ekstraklasy? Albo ćwiczycie biały śpiew? Albo lubicie przed snem wiązać sobie węzły żeglarskie? Dajcie znać, że nie jestem sama ze swoimi nieprzydatnymi do niczego umiejętnościami ;)

Komentarze

Chcesz dostawać powiadomienia o nowych postach?

Copyright © Bajkonurek