Grisza kontra Wrony, czyli o serialu "Cień i kość"



Muszę przyznać, że ostatnio podobny entuzjazm przed premierą serialu towarzyszył mi, gdy czekałam na Netfliksowego "Wiedźmina". Książki Leigh Bardugo, którymi już od dłuższego czasu atakowała mnie blogosfera, były moim tegorocznym odkryciem - zwłaszcza rewelacyjna "Szóstka Wron", w niezwykle udany sposób łącząca "heist stories" ze światem fantasy.

Zresztą sam świat stworzony przez autorkę aż się prosił o ekranizację - chociaż niektórzy czytelnicy kpią ze stworzonego po łebkach pseudorosyjskiego fantasy, mnie wizja Leigh Bardugo kupiła i wciągnęła. Przede wszystkim właśnie ze względu na posługiwanie się zupełnie innymi kulturowymi odniesieniami niż większość fantasy. Rosyjskie baśnie plus elementy steampunku, z jednej strony motyw wybrańca, z drugiej - wielki skok na wielką fortunę - no powiedzcie sami, czy to nie brzmi naprawdę dobrze? A jeśli doda się do tego bardzo ciekawych bohaterów, wykraczających poza to, do czego przyzwyczaiła nas młodzieżowa literatura fantastyczna, to robi się jeszcze lepiej.

Gdyby więc taki samograj, jak serial "Cień i kość" nie wyszedł, to klęłabym na twórców, na czym świat stoi. Na szczęście wyszedł - i to bardzo dobrze. 


Akcja serialu osadzona jest w fantastycznym świecie przypominającym nieco realia carskiej Rosji - z jednej strony nieustannie toczone wojny, z drugiej - kult świętych. Twórcy nie marnują czasu na długie ekspozycje, od razu wrzucając nas w sam środek akcji. Stopniowo dowiadujemy się, że świat stworzony przez Bardugo różni się od naszego również obecnością potężnych istot zwanych griszami, obdarzonych mocą pozwalającą na kontrolę nad materią. W Ravce, gdzie toczy się akcja, griszowie mogą rozwijać swoje umiejętności w wybranych szkołach, ale w sąsiednich państwach - m.in. Shu Hanie (trochę jak Chiny) i Fjerdzie (takiej bardziej Skandynawii) są uznawani za zło, które trzeba wyplenić. Na tym właśnie tle rozgrywają się trzy główne wątki serialu: z jednej strony mamy zmagającą się ze świeżo odkrytą mocą (i uczuciem do dwóch jakże różnych mężczyzn) Alinę Starkov, z drugiej - grupę złodziejaszków, która zostaje wysłana z misją jej porwania, i w końcu z trzeciej - fjerdańskiego wojownika, któremu los na drodze stawia pewną wyszczekaną griszę. 

Nie śledziłam jakoś uważnie plotek z planu, dlatego gdy tuż przed premierą dowiedziałam się, że poza bohaterami "Trylogii Grisza" w serialu pojawi się też ekipa z "Szóstki Wron", byłam naprawdę zdziwiona, zwłaszcza że akcja dylogii dzieje się już jakiś czas po wydarzeniach opisywanych w pierwszych trzech książkach Bardugo. Do tego obie serie, mimo że osadzone w tym samym uniwersum, różnią się jednak między sobą - zarówno realiami i pogłębieniem bohaterów, jak i, co tu dużo mówić, poziomem literackim. Nie wspominając już o kwestii wieku postaci - przy czytaniu "Szóstki Wron" i "Królestwa Kanciarzy", bardzo mocno rzuca się w oczy, że chociaż bohaterowie są nastolatkami, to mówią i zachowują się jak dwudziesto-trzydziestolatkowie.

Tak też wyobrazili ich sobie twórcy i tak zostali obsadzeni, dzięki czemu nie mamy dysonansu, że na czele wielkiego skoku staje nieopierzony nastolatek. Najbardziej obawiałam się jednak, że dopisana przez twórców historia Wron na koniec okaże się zbędna. W początkowych odcinkach wszystko zostało połączone idealnie - między realiami Ketterdamu i Ravki praktycznie nie widać szwów. Nieco gorzej robi się w odcinkach 6-7, gdzie praktycznie wszystkie działania Wron można byłoby wyciąć bez szkody dla fabuły. Sytuacja zmienia się w odcinku 8, gdzie złodziejaszkowie stają się ważnym elementem w finałowej walce. Być może dałoby się to zrobić lepiej - wydaje mi się jednak, że zarówno osoby, które czytały książki, jak i te, które ich nie czytały albo znają tylko jedną z serii, powinny być usatysfakcjonowane. Od dwóch wspomnianych wątków nieco odstaje historia Niny i Mattiasa - to właśnie ona wydaje się najbardziej doklejona na siłę.

Serial nie byłby ani odrobinę tak popularny, gdyby nie obsada. "Cień i kość" z castingiem trafia w dziesiątkę - Jessie Mei Li (Alina) i Archie Renaux (Mal) wiarygodnie przeprowadzają nas przez meandry swojego uczucia. Świetnym posunięciem fabularnym było uwypuklenie Shuhańskiego pochodzenia Aliny, dzięki czemu w każdej sytuacji jest ona człowiekiem z zewnątrz, persona non grata - a my tym bardziej możemy ją polubić. To poczucie, że nigdzie nie przynależy, że chociaż wychowała się w Ravce, jest przez jej mieszkańców uznawana za obcą, zostało świetnie napisane i zagrane. Co do reszty obsady, wszystkie Wrony są rewelacyjne - na brawa zasłużył jednak przede wszystkim Kit Young w roli Jespera. Ta postać w książkach jakoś nie zapadła mi w pamięci, tymczasem tutaj stała się moją ulubioną. Calahan Skogman wcielający się w rolę Mattiasa jest idealnie irytujący, dokładnie jak w książkach.


No ale panie i panowie, wiadomo, że wszyscy i tak czekali na Bena Barnesa w roli, ekhm, Zmrocza. Spieszę donieść, że udało się znaleźć idealnego odtwórcę do tej roli. Zmrocz Barnesa będzie jeszcze długo rozpalał serca fanek. O ile w książkach tę postać postrzegałam od samego początku jako czarny charakter, o tyle w serialu nie jest to takie oczywiste - generał Kirigan pokazywany nam jest przede wszystkim jako doskonały dowódca i strateg, zatroskany o losy państwa, a jego demoniczna natura wychodzi na jaw dopiero potem. Dzięki temu z czystym sercem możemy oddać się fangirlowaniu. 

W porównaniu z książkami fabuła została jednak nieco okrojona z pewnego "nastoletniego" sznytu - nie zobaczymy zbyt wiele perypetii Aliny w stolicy Ravki, wszystkie jej "szkolne" dylematy - z kim trzymać, jak radzić sobie ze zbyt surowymi nauczycielami i jakiego koloru suknie nosić, zostały okrojone do zaledwie kilku scen. O ile motywów tekstylnych mi nie szkoda, o tyle trochę zabrakło mi tego "szkolnego" klimatu - zawiązywania się wśród uczących się griszów grupek i sojuszy, zazdrości ze strony uczennic i konfliktów z pedagogami. Od początku widać, że serial celuje jednak w poważniejsze rejony - bliżej "Gry o Tron" i "Wiedźmina" niż "Harry'ego Pottera", więc rozumiem decyzję twórców.

Przede wszystkim jednak serial ma w sobie tę odrobinę magii, której tak wszyscy potrzebujemy, od roku niemal nie wychodząc z domu i nie uczestnicząc w kulturze. To jeden z tych seriali, które - jak wyżej wspomniane produkcje - dają widzowi poczucie fanowskiej wspólnoty. Zastanawiam się, czy na jego korzyść nie podziałałoby dawkowanie odcinków raz na tydzień - żeby dać miejsce na dyskusje, teorie i masowo produkowane memy - ale tydzień po premierze już widać, że udało się rozpalić wyobraźnię nie tylko tych, którzy książki Bardugo znają. Skupiony wokół książek fandom z pewnością nie da serialowi utonąć w zalewie innych produkcji Netfliksa - ogłoszenie premiery drugiego sezonu pozostaje więc zapewne formalnością. 


Komentarze

Chcesz dostawać powiadomienia o nowych postach?

Copyright © Bajkonurek