Hamilton, bunt dwulatka i Edgar Allan Poe, czyli podsumowanie 2025


To był ciekawy rok.

Chociaż życie prywatne upłynęło mi pod hasłem „jakie jeszcze choroby znane mi wcześniej tylko z XIX-wiecznych powieści przyniesie ze żłobka/przedszkola/bawialni moje dziecko”. Strona Luxmedu widnieje w mojej historii wyszukiwania na drugim miejscu, zaraz po Google, a przed Writer Duetem. I pomyśleć, że miałam w życiu dziewięcioletni (!) okres bez przeziębienia. 


Być może dzięki nieustannemu smarkaniu i pokasływaniu ledwie zauważyłam fakt, że skończyłam w tym roku 40 lat. A może dlatego, że według innej nomenklatury moje problemy to głównie problemy tak zwanej „młodej matki”. Inne koleżanki stresują się pierwszymi randkami córek, podczas gdy ja miałam na głowie „bunt dwulatka”, który z trzecim rokiem życia Młodej jedynie się nasilił. Podczas gdy kolega posłał już syna na studia, ja walczyłam z systemem zapisów do przedszkoli. Cóż, na wszystko przyjdzie czas.


Pod względem kulturalnym nadrobiłam zaległości z ostatnich lat i to z przytupem. Udało mi się między jednym przeziębieniem a drugim pojechać chociażby na festiwal filmowy w Gdyni i obejrzeć parę bangerów, o których potem mówiła branża. Na większość innych festiwali nie dojechałam z powodu smarkania, ale udało mi się zaliczyć warszawski Serialkon (wrażenia raczej mieszane) i festiwal filmów ukraińskich (tylko jeden film, ale za to jaki!!!). Oczywiście wpadłam też na targi książki i targi książki historycznej, żeby sobie troszkę pomarznąć (aczkolwiek tu obeszło się bez przeziębienia - książkowe wirusy nie działają tak jak przedszkolne) i wykupić połowę nowości od Artrage.


W kinie udało mi się zwiększyć obecność o jakieś 2345% w stosunku do poprzedniego roku - głównie dzięki Gdyni, na której obejrzałam aż 12 pełnych i 12 krótkich metraży. Zobaczyłam też obie części Wicked i chociażby Bugonię, ale pierwsze miejsce wśród filmów tego roku zajmuje doskonałe ukraińskie „Jesteś wszechświatem” - kameralny dramat science fiction udowadniający, że w tak wytartym schemacie jak „isolation sci-fi” można jeszcze sporo opowiedzieć i zostawić widzów z wrażeniem, że oto widzieli coś świeżego. Jeśli nic jeszcze o tym filmie nie słyszeliście, to właśnie wjechał na streamingi - obejrzyjcie, nawet jeśli nie jesteście fanami sci-fi.


Pod względem teatralnym będzie ten rok ciężko przebić, bo dzięki zrywowi Męża na moją czterdziestkę udało mi się w końcu zobaczyć „Hamiltona” w Londynie!!! Udało mi się też, już w Polsce, zobaczyć „Matyldę” i oczywiście „Wicked” w Romie. (Teraz sobie myślę, że powinnam skorzystać z okazji i pójść na Wicked również w Londynie, moje wickedowe doświadczenie byłoby kompletne). Z niemusicalowych doświadczeń gorąco polecam „Piekło-Niebo” w Teatrze Narodowym. Zabawne, że kupowałam bilety, nie wiedząc, że za chwilę będę konsultować scenariusz autorki spektaklu 😆 


Książka roku, bez dwóch zdań, to „Akuszerki” Sabiny Jakubowskiej. To, na co inni pisarze poświęcają kilka zdań, a w filmie rozwiązane jest zazwyczaj w jednej scenie - bohaterce rodzi się dziecko - tu opisywane jest na różne sposoby ze wszystkimi, również tymi zaskakującymi i przerażającymi szczegółami. Research, jaki zrobiła autorka (opierając się na notatkach i doświadczeniach własnych przodkiń, wiejskich położnych) musiał być naprawdę potężny. A zarazem jest to znakomita saga rodzinna osadzona w realiach wsi, więc jeśli pochłonęły Was „Chłopki” to naprawdę warto po tę książkę sięgnąć. W literaturze non-fiction porwał mnie „Heweliusz” Jana Nadwornego, reportaż tak znakomity, że po wszystkim zupełnie nie siadł mi tak chwalony serial - po prostu nie czułam tych emocji, co podczas czytania książki. 


Właśnie, seriale. Niemal nic mnie w tym roku jakoś szczególnie nie zachwyciło, ani „Dojrzewanie”, ani nowe „Stranger Things”, ani „Pluribus” (chociaż doceniam koncept i sposób narracji). Był jeden wyjątek - "The Studio"! Kocham ten serial miłością wielką. Mam też wrażenie, że ostatnio czas promocji i dyskusji o każdym z seriali jest na tyle krótki, że nie zostawia w oglądającym i recenzującym żadnego śladu. W ogóle ostatnio odechciało mi się gonić za serialowymi nowościami i w ramach odpoczynku włączam ostatnio „Doktora House’a”. Starość? 


Kolejny rok z rzędu udało mi się nie napisać ani jednego odcinka paradokumentu i przeżyć, co uważam za sukces (nie chodzi tu o jakość produkcji czy moją wyższość, raczej kwestia tego, że kompletnie nie daję już rady pisać na ostre deadliny - z wiecznie przeziębionym dzieckiem to niemal niemożliwe).


Poza tym był to bardzo satysfakcjonujący zawodowo rok. Po pierwsze, razem z Wiktorem Piątkowskim i Kasią Kaczmarek zostałam nominowana do swojej pierwszej (oby nie ostatniej hehe) zagranicznej nagrody - do nagrody Edgara Allana Poe za scenariusz do jednego z odcinków „Morderczyń”. Szkoda, że producent już nie istniał i nie mógł nam opłacić wyjazdu, bo inaczej weekend majowy spędzałabym w USA, a tak - została transmisja online. Poza tym zakończyły się zdjęcia do „Jana Bo” (premiera na Netliksie w 2026!!!) i skończyłam swój scenariusz dofinansowany przez PISF - w przyszłym roku czas, by „Kochany tato” w końcu ruszył w świat i pokazał się osobom zainteresowanym ;)


W Bahama Films odbyły się też zdjęcia do dwóch mikrobudżetów, ktore konsultowałam („Miłe kobiety” i „Kalafior przeznaczenia”), w jednym nawet zagrałam - niestety mnie wycięli :D Powstał też jeden krótki metraż konsultowany przeze mnie.


No i debiutowałam jako prowadząca warsztaty/panele - na początku stycznia podczas warsztatów poświęconym stypendium scenariuszowym, potem było jeszcze „Wyobraź sobie” i „Kurs na debiut”. Jako że całe życie wzbraniałam się przed nauczaniem innych, można powiedzieć, że karma mnie w końcu dopadła. W przyszłym roku warsztatów ma więc być jeszcze więcej.


W zeszłym roku nieszczególnie planowałam, dlatego teraz zamiast sprawdzać, co się nie udało, liczę zyski ;) Muszę przyznać, że jako osoba niegdyś wiecznie snująca plany i nie rozstająca się z kalendarzem czy notesem, polecam od czasu do czasu takie podejście. 

Komentarze

Copyright © Bajkonurek